Muzyczne Wygnanie, czyli jak to się robi na francuską modłę – recenzja „Exile on Main Street” Część 1

Oto nowy cykl artykułów, tym razem, zostanie poświęcony świetnemu albumowi, który został wydany w 1972 roku... Chcę zaznaczyć, że nie jest to tekst mojego autorstwa. W 2012 roku, napisał go Jarski, jeden z wielu członków działającego do dzisiaj Polskiego forum o Stonesach. Dzięki jego zezwoleniu, mogę podzielić się tym tekstem na łamach mojego bloga.

Powiem krótko, Jarski, świetna robota, oby więcej takich tekstów.

Zapraszam was wszystkich do lektury.

źródło: discogs.com


W historii muzyki popularnej niewiele jest albumów, o których napisano już wszystko, a które jak
na złość wciąż wymykają się jednoznacznej ocenie. Wydany w maju 1972 r. „Exile on Main Street”
– w opinii wielu fanów oraz krytyków muzycznych magnum opus Rolling Stonesów – to bez wątpienia jeden z nich. W tym roku mija dokładnie czterdzieści lat od chwili ukazania się EoMS,
płyty odważnej i nowatorskiej, której zawartość mimo upływu czasu nie straciła nic ze swej
świeżości i pozostaje inspiracją dla szerokiego kręgu artystów oraz kolejnych pokoleń fanów
zespołu czy muzyki rockowej w ogóle.
Jako długoletni fan The Stones jestem świadomy, że trudno będzie mi się zdobyć na obiektywne
spojrzenie na ten album. Zaznaczam, że moja opinia o EoMS krystalizowała się przez bardzo długi
czas i w zasadzie proces ten nie dobiegł jeszcze końca. Zresztą nie wiem, czy to w ogóle możliwe.
Taki już urok tej płyty: w jednej chwili potrafi onieśmielić i zachwycić, by w następnej znużyć, a
nawet przerazić.
Poniższa recenzja jest rezultatem dziesiątek (jeśli nie więcej!) odsłuchań „Exile” oraz wnikliwej
lektury wypowiedzi poszczególnych członków zespołu, osób bezpośrednio i pośrednio
zaangażowanych w powstanie płyty (w tym producenta Jimmy’ego Millera, inżyniera dźwięku
Andy’ego Johnsa czy wielkiego przyjaciela Keitha, muzyka country – i nie tylko – Grama
Parsonsa), jak również szeregu mniej lub bardziej profesjonalnych opracowań dotyczących albumu,
o którym mowa. Wśród najważniejszych pozycji, które pomogły mi wyrobić sobie zdanie na temat
EoMS, należy wymienić:

- „The Rolling Stones – Satysfakcja” autorstwa Daniela Wyszogrodzkiego, wydaną przez Iskry
(1998);
- „The Rolling Stones” autorstwa byłego basisty zespołu, Billa Wymana, wydaną w Polsce przez
Wiedzę i Życie (2003);
- „Według The Rolling Stones” w opracowaniu Dory Loewenstein i Philipa Dodda, wydaną w
Polsce przez Prószyńskiego i S-kę (2004);
- „Exile on Main St.” z serii 33 1/3 Billa Janovitza wydaną przez Continuum i dotąd nie
przetłumaczoną na język polski (2005).

źródło: pinterest.com
Nie bez wpływu na mój odbiór EoMS pozostają opinie dziesiątek (często anonimowych) osób, które z wielkim zapałem, a co najważniejsze w profesjonalny i daleki od dogmatyzmu sposób wypowiadają się na temat „Exile” w Internecie. Często są to opinie dalekie od zachwytu, a tym
samym bardzo cenne, ponieważ pozwalają spojrzeć na EoMS chłodnym okiem. Takie spojrzenie jest szalenie ważne, gdyż bez niego nie sposób stworzyć w miarę spójnego obrazu tego najbardziej ambitnego i zapewne najtrudniejszego w odbiorze dzieła kapeli, która wielu ludziom kojarzy się wyłącznie z wyświechtanym sloganem „sex, drugs & rock’n’roll”. Kilka lat temu natrafiłem w Sieci na anglojęzyczną stronę poświęconą twórczości Stonesów. Jej autor okazał się przeciwnikiem traktowania „Exile” jako arcydzieła, a niektóre z obecnych na płycie utworów – m. in. „Let It Loose” – bez skrępowania określił mianem gniotów. Jakież było moje zdumienie, gdy wśród komentarzy osób odwiedzających tę stronę internetową znalazły się jawnie wrogie wypowiedzi, w których niechęć do autora łączyła się ze (sporadycznymi, ale jednak) groźbami uszkodzeń ciała i trwałego kalectwa, jeśli nieszczęśnik nie zmieni szybko swojego zdania na temat tego-a-tego utworu.
Zapraszam Was gorąco do lektury mojej recenzji „Exile on Main Street” – albumu, który zmienił
oblicze muzyki rozrywkowej, a przy okazji również moje spojrzenie na sztukę, nawet jeśli pisaną
przez małe „s”.

***

„Exile on Main St.” to płyta pełna kontrastów. O ile większość albumów Stonesów z lat 70-tych
ubiegłego wieku (i później) zawiera stosunkowo jednorodny materiał, EoMS przypomina
muzycznego kameleona. Obok siebie stoją utwory rockowe, country, bluesowe covery i numery w
stylu gospel. Odsłuchiwanie poszczególnych piosenek przypomina jazdę kolejką górską:
przyprawiające o palpitacje serca szaleńcze tempo „Rip This Joint” przechodzi w lekko rozkołysany
rytm „Shake Your Hips”; płynące prosto z serca dźwięki soulowego „Let It Loose” zostają brutalnie
stłumione potężnym uderzeniem rockowego „All Down the Line”; surowe i ciężkie „Stop Breaking
Down” momentalnie odchodzi w niepamięć, zastąpione melancholijnym „Shine a Light”. Światło
rozjaśnia mrok, powiew optymizmu zostaje przerwany falą gorzkiej nostalgii, bezradność ustępuje
miejsca pewności siebie, a nawet młodzieńczej bucie. Słuchaczowi zaczyna brakować tchu.

źródło: laweekly.com

„Exile” jest trudną płytą, tak jak trudne okazały się okoliczności jej powstania. Chcąc uniknąć
płacenia horrendalnie wysokich podatków, sięgających ponad 90% dochodów, wczesną wiosną
1971 roku Stonesi przenieśli się na południe Francji, blisko granicy z Włochami. Nagrywany z
przerwami przez ponad dwa lata album (najwcześniejsze utwory powstały w połowie oraz pod
koniec 1969 r., w okresie sesji nagraniowych do wydanego w 1971 r. „Sticky Fingers”) pochłonął
nie tylko mnóstwo czasu, ale również energii poszczególnych członków zespołu i osób z ich
„świty”, wliczając w to współpracowników oraz członków rodzin. Zbiorowy wysiłek pod komendą
producenta Jimmy’ego Millera tym razem nie przyniósł spodziewanych szybkich rezultatów.
Prawdę mówiąc, EoMS rodził się w bólach. Poczucie izolacji, niepewność jutra, wewnątrzgrupowe
napięcia spowodowane czy to wszelkiego rodzaju używkami, czy rozpaczliwymi próbami przejęcia
kontroli nad rozklekotaną zespołową maszyną, wreszcie olbrzymie trudności natury technicznej
(wiele utworów zostało nagranych w iście spartańskich warunkach, ale o tym później…) –
wszystko to sprawiło, że produkt końcowy, po latach doceniany i stawiany za wzór rockowego
rzemiosła, niejednokrotnie wymykał się swym twórcom z rąk. Z perspektywy czasu widać, że
„Exile on Main Street” był ostatnią płytą Stonesów, na której Jagger i Richards, pomimo
narastających konfliktów natury zawodowej i prywatnej, potrafili odsunąć na bok wszelkie
animozje i w pocie czoła przekuwać pozornie proste pomysły w głębokie dzieła, nie oglądając się
na modę, opinie wytwórni płytowej lub krytyków. To być może ostatnia płyta rockowych
buntowników, dla których prawdziwa wartość muzyki kryje się w jej autentyczności. Tworzenie
pozostaje dla nich grą, zgadza się, ale w żadnym bądź razie nie jest to gra pozorów. Sztuka musi
oddawać stan ducha artysty, jego łączność ze światem i walkę o rzeczy trudne, lecz ważne; gdyby
tego zabrakło, dedykowany amerykańskiej działaczce politycznej, Angeli Davies, utwór „Sweet
Black Angel” nie znalazłby się na płycie. Nigdy później Stonesi nie byli tak szczerzy jak tutaj.
Kolejne albumy – niejednokrotnie zawierające wspaniałą muzykę – sprawiają wrażenie misternie
wykonanych dzieł, którym jednak brakuje tego, co można by nazwać „młodzieńczą dojrzałością”:
radość tworzenia ustępuje miejsca coraz chłodniejszej kalkulacji, gdzie to, co tworzy zespół,
bardziej odzwierciedla ducha czasów, w których żyją im współcześni, niż ich własne przeżycia,
radości i lęki. To gra kunsztowna, ale stopniowo pozbawiana treści; raczej zabawa w sztukę niż
poważne traktowanie jej ideologicznej i kulturotwórczej roli. Buntownik ucichł, spokorniał i się
ucywilizował. Bunt stał się bublem, pustym sloganem. Przepadł bez śladu.
źródło: pinterest.com
Z powstaniem każdego muzycznego albumu wiąże się jakaś historia. W przypadku EoMS mamy do czynienia z całą serią zdarzeń, które poprowadziły The Rolling Stones oraz ich świtę od pierwszych sesji nagraniowych w USA i Anglii po ostatnie miksy materiału w Los Angeles i amerykańską trasę
koncertową, w czasie której Stonesi udowodnili, że na listach przebojów oraz scenie niewielu może się z nimi równać. Trudno dokładnie określić, jakie były początki nowego albumu. Według relacji samych zainteresowanych – wokalisty Micka Jaggera i perkusisty Charliego Wattsa – zespół spotykał się na niezobowiązujących jam sessions w należącej do Micka posiadłości Stargroves, gdzie krystalizowały się plany przyszłych sesji nagraniowych i rodziły pomysły na nowe piosenki. Atmosfera muzycznej sielanki z dala od medialnej wrzawy, która w kolejnych dekadach miała stać się udziałem większości związanych z branżą artystów, dała Stonesom chwilę wytchnienia i pozwoliła zapomnieć o traumatycznych wydarzeniach z końca lat 60-tych, w tym tajemniczej śmierci byłego gitarzysty grupy, Briana Jonesa, i fatalnego koncertu w amerykańskim Altamont, będącego symbolicznym końcem hipisowskiej epoki niewinności i braterstwa. Nadchodziły nowe czasy…

Ciąg dalszy nastąpi...



Komentarze